Czytam, słucham, oglądam - i piszę
Blog > Komentarze do wpisu
13

Lao Che modlitwa ponowoczesna

 

Po albumie tak superciężkim jak „Powstanie Warszawskie” premiera kolejnego krążka Lao Che musi być uznana za wydarzenie. Na skarlałym i wtórnym polskim rynku rockowym sukces (faktyczny czy iluzoryczny) jakiejkolwiek płyty stawia jej autora w wyjątkowo niewdzięcznej sytuacji. Jest nią natłok cudzych oczekiwań

 

Z Lao Che odpada przynajmniej ten problem, że przy ewidentnie sprzyjającym odbiorze ze strony krytyki i słuchaczy grupa ani nie jest kreowana na pierwiastek kwadratowy z Pearl Jam czy polską odpowiedź na Franz Ferdinand itp., ani też nikt się po niej nie spodziewa bazowania na cudzych patentach. W sensie oryginalności Lao Che jest po prostu zespołem sui generis. Natomiast „Powstanie” - i jako płyta, i jako zjawisko muzyczne w szerszym znaczeniu - ustawiło dla jego twórców poprzeczkę bardzo wysoko. Zamiast ją przeskakiwać, zespół zdecydował się po prostu zmienić pas ruchu.

Może to wprawić w pewną konsternację tych, którzy nie wiedzieć czemu wyobrażali sobie kolejną lekcję historii z Lao Che na CD - ale ogólnie zawartość „Gospel” może zaskoczyć tylko tych, którzy nie śledzili wieści z obozu grupy. Utworom brakuje wspólnego mianownika muzycznego, który wyrażałby się już to poprzez powtarzalność motywów, już to przez sam mood. Tym razem łączy je tylko wyjątkowa swoboda ruchu między gatunkami, choć zasadniczo jest to płyta rockowa – Lao Che dystansuje jednak konkurencję „kumacją muzyczną”, tą ciągłą ucieczką od sztampy, którą bez żadnej przesady można już określić jako znak jakości tego zespołu. Żadna jego następna płyta nie będzie przypominać poprzedniej, nie będzie utwierdzać słuchacza w dokonanym wyborze – nie ma tu głaskania po gustach, jest mobilność. A stwierdzenie, że to najbardziej przystępna z trzech płyt Lao Che, nie jest tu zarzutem.

Swój udział w tej „kumacji muzycznej” mają też smaczki: tu gra klarnet, gdzie indziej bodaj harmoszka, jakaś nieoczekiwana gitara w tle; do tego próbki z samplera Denata – cały czas się coś dzieje, ale nie osiąga granicy przesytu (jedynym zbędnym wyjątkiem wydaje mi się tu chórek żeńskoosobowy z „Hydropiekłowstąpienia”). Cały czas stópka chodzi, rytm wybija – jest życie w tych piosenkach, jest wigor, jest frajda muzykowania (w formie skondensowanej najbardziej słychać to w energicznym i ludycznym, niespełna trzyminutowym „Hiszpanie”). Co najważniejsze: niemal nie słychać na tej płycie, by zespół cierpiał na brak pomysłów.

Spoiwo pojawia się natomiast w warstwie lirycznej „Gospel” - jest nim relacja człowiek-Bóg, czy może raczej: człowiek-Absolut. Przewija się ten temat, powraca w zdecydowanej większości piosenek i jest to bądź co bądź objaw jakiejś koncepcji, od której zespół tym razem tak się dystansował (przynajmniej na poziomie deklaracji). Jeśli zestawić to spostrzeżenie z faktem, że po raz pierwszy teksty Spiętego nie są kolażami, oczywisty jest wniosek, że mamy do czynienia z jakąś osobistą wizją religijną, próbą porządkowania sobie relacji ze Stwórcą.

Jaka to jest próba? Zawsze ironiczna i autoironiczna, zawsze naznaczona żartem, nie ma w niej zadęcia – to duży plus, choć w przypadku tekstów i muzyki tego zespołu to już oczywistość. (Swoją rolę w tej koncepcji pełni też okładka). Jest to też wizja ciągle naznaczona grzechem – lekkim („Paciorek”), pierwotnym („Drogi Panie”), zbiorowym („Hydropiekłowstąpienie”). Sporo w tej wizji mniej lub bardziej poważnego buntu, ale jest i pogodzenie („Siedmiu nie zawsze wspaniałych”). No i jest ona odrobinę prowokacyjna, choć bliższa niewinnego w sumie ponowoczesnego igrania z symboliką, a dalsza od obrazoburstwa - tak czy inaczej lokuje to płytę jak najdalej od tego, co w Polsce zwykło się nazywać „rockiem chrześcijańskim”. Forma jest tu lekka, lecz głębsza myśl obecna - niektóre z tych liryków można bez żadnej przesady określić jako ponowoczesne modlitwy, wprawdzie prowadzone ciągle „ramię w ramię z Pańskiego parkanu ścianą”, ale jednak dość uniwersalne, humanistyczne po prostu.

Najbardziej interesujący wydaje mi się wszakże numer wzbogacający ten bosko-ludzki dialog o wątek społeczny, może nawet polityczny – „Do syna Józefa Cieślaka” przypomina najlepsze religijno-społeczne liryki wczesnego Kazika i Kultu i trochę mi szkoda, że cała piosenka została wokalnie nieco „uczesana” względem wersji koncertowej. To mógł być kiler tej płyty.

Wrażenie robi leksyka, skojarzenia, słyszenie melodii słów i zdań – te wszystkie „wiatrołapy”, „zazdrostki”, „triki z trójkąta”, „ptysie miętowe”, „krzyżowania planów”. Akcje Spiętego jako autora tekstów idą wraz z tym albumem mocno w górę i to informacja dla tych, którzy chcieliby w kolażach znanych z poprzednich płyt doszukiwać się autorskiej słabości, nie zaś świadomej metody. Nic z tych rzeczy.

Są tu może ze dwa wyjątki: średnio wypada erotyk („mpaKOmpaBIEmpaTA”), który niebezpiecznie zbliża się do mielizn okołograbażowych; monotonnym odrzutem jawi się też przedostatni na płycie „Ty człowiek jesteś?” (związany bezpośrednio z filmem „Katyń”) – nie tylko tekstowo, ale i muzycznie sprawia wrażenie popełnionego na kolanie i na jego braku album tylko by zyskał. Istotne są dwie refleksje: jest to pierwszy jednoznacznie słaby utwór tego zespołu, co jak na trzy wydawnictwa daje i tak kosmicznie wysoką średnią – to po pierwsze, a po drugie: nieco zabawne wydaje się po „Powstaniu Warszawskim”, że najsłabszym utworem z kolejnej płyty Lao Che okazuje się właśnie opowieść o czasach wojny.

Przyznaję się do problemu z dokonaniem jakiejś generalnej, a cóż dopiero wyrażanej liczbami oceny tej płyty. Składa się na to z jednej strony mój ołtarzykowo-kolankowy stosunek do „Powstania Warszawskiego”, z drugiej strony świadomość, że chyba nie żyjemy w czasach zespołów rockowych, które byłyby w stanie stworzyć kolejno dwa arcydzieła. Grupa wydaje się zmęczona hermetycznością „Powstania” i głodna grania radosnego, bezinteresownego (nie mylić z bezideowym) – trudno się zatem dziwić, że „Gospel” wygląda i brzmi tak a nie inaczej. Na pewno nie jest to wydarzenie tej miary co „Gusła” i „Powstanie” – a przecież nawet przy tym zastrzeżeniu to nadal dobra płyta jeszcze lepszego zespołu.

Nie umiem się jednak oprzeć wrażeniu, że „Gospel” dużo gorzej zniesie próbę czasu niż tamte krążki. I nie potrafię też uciec od refleksji, że zespół o takiej sile rażenia powinien tworzyć płyty na miarę tej siły.

poniedziałek, 25 lutego 2008, mateusz.zimmerman
Komentarze
2008/08/23 17:00:02
Witam, ciekawa recenzja, jednak nurtuje mnie pytanie: dlaczego uważasz utwór "Ty człowiek jesteś" za bardzo słaby?Nie ma może powstaniowego powera ale jako typowy wypełniacz płyty spełnia swój obowiązek. Mnie jakoś nie kojarzy z "pidżamową grafomanią". W porównaniu z "Katyniem" Wajdy tu przynajmniej czuje się jakieś emocje. W każdym razie, prezentujesz interesujący punkt widzenia. Da się wyczuć, że jesteś fanem zespołu a jednocześnie nie padasz na kolana przed każdym utworem. O porządną krytykę w dzisiejszych czasach niezwykle trudno.
Pozdrawiam serdecznie!
-
2008/08/23 17:01:35
Przepraszam za pomyłkę; napisałem o "mieliznach grabażowych" w kontekście nie tego utworu.